Zyski z tytułu sprzedaży ubezpieczeń na całym świecie są ogromne. Odpowiedzialność – rozwodniona. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek się ubezpieczał. Wysokość składek określana na podstawie ryzyka, to jest prawdopodobieństwa wystąpienia zdarzenia objętego polisą, jest tak wyliczana, by ubezpieczyciel miał się jak najlepiej. Nic dziwnego, że o nabycie PZU bije się wiele zagranicznych korporacji.

Co zrobić, by się ubezpieczyć, a równocześnie nie dać się wykorzystać wielkim ubezpieczycielom? Rozwiązaniem są towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych. Postaram się przedstawić schematycznie ideę takiego towarzystwa.

Dziesięciu właścicieli koni (wozaków) chce się ubezpieczyć na wypadek utraty konia. To dla nich ważne – koń jest źródłem ich utrzymania. Tych 10 wozaków umawia się, że będą wpłacać do wspólnej kasy np. 100 zł rocznie (składka ubezpieczeniowa). Jeśli któremu z nich padnie koń, dostanie na zakup nowego np. 1000 zł (kwota ubezpieczenia).

W pierwszym roku nikt nie stracił konia. Minął spokojnie kolejny – towarzystwo ma już 2 tysiące zł. Trzeci rok także był szczęśliwy. W czwartym przyszła końska epidemia. Padły 4 konie. Towarzystwo wypłaciło odszkodowania.

Statut takiego towarzystwa ustala zarówno zasady i wysokość składek, jak i wysokość odszkodowań. Członkowie towarzystwa mogą np. umówić się, że gdy kapitał (zebrane ze składek pieniądze) przekroczy wartość wszystkich ubezpieczonych koni, wpłaty składek zawiesi się. Mogą także ustalić, że gdy w kiepskim roku padnie więcej koni, towarzystwo będzie mogło zaciągnąć kredyt, który spłaci z przyszłych składek. Mogą zarządzić zmianę wysokości składek oraz określić sposób przyjmowania do towarzystwa nowych członków.

Towarzystwo ma charakter non-profit, to znaczy nie generuje zysku. Jest wyrazem wzajemnej pomocy i solidarności grupy. Polskie prawo ogranicza zakres ubezpieczeń do listy wskazanej w prawie ubezpieczeniowym. Lecz towarzystwo działa na zasadzie stowarzyszenia, moim zdaniem ma więc większą swobodę działania i ustalania zasad niż firmy ubezpieczeniowe.

Anegdota z mojego życia:

W 1975 r. ubezpieczyłam córkę, wówczas 5-letnią. Zawarłam umowę tzw. ubezpieczenia posagowego. Składka wynosiła 100 zł miesięcznie. Po osiągnięciu pełnoletniości córka miała otrzymać jednorazową wypłatę w wysokości 30 tysięcy zł (posag) lub otrzymywać stypendium w wysokości 500 zł miesięcznie przez okres 5-letnich studiów. Gdy skończyła 18 lat, wypłacono jej „posagowe”. Wystarczyło na nabycie średniej klasy radioodbiornika.