Po tym, jak drogą morską dotarłem do Trynidadu i Tobago, postanowiłem zejść na ląd i zobaczyć z bliska jedno z najbardziej kontrowersyjnych miejsc na mapie politycznej świata, Wenezuelę. Od kiedy parę lat temu zacząłem w Peru moją południowo-amerykańską przygodę wiedziałem, że wcześniej czy później będę chciał poznać ten intrygujący kraj leżący nad Morzem Karaibskim.

Wenezuela jest krajem intrygującym z wielu powodów. Zacznijmy od tego, że to tu zaczął się wyzwolicielski pochód Simona Bolivara, który zakończył czasy hiszpańskiej kolonii i również tutaj w obecnych czasach zachodzą rewolucyjne procesy. Po wielu latach zewnętrznej opresji ekonomicznej duch boliwariańskiej rewolucji został wskrzeszony przez Hugo Chaveza, który nie bał się powiedzieć północno-amerykańskiemu imperium „Vayanse al carajo!”, co w uproszczonym i bardziej niż oryginał eleganckim tłumaczeniu oznaczało wyraźne „Nie!”. Wenezuela należy do czołówki wydobywców ropy naftowej dlatego, też Waszyngton zawsze starał się mieć wpływ na to, kto rządzi krajem. Zresztą nie dotyczyło to tylko Wenezueli, a większości krajów Ameryki Łacińskiej. O operacji „Condor” postaram się napisać innym razem, tymczasem Waszyngton oficjalnie do niczego się oczywiście nie przyznawał. Do zamachu stanu i próby obalenia Chaveza w 1999 też nie. Według swoich kryteriów junior Bush we wszystkich mediach umieszczał Wenezuelę w tym samym worku, co pozostałe kraje z terenami roponośnymi. Terroryści. Tę bajkę już chyba znają wszyscy.

Do czego zmierzam? Otóż taki kraj jak Stany Zjednoczone, mający ogromne wpływy, za pomocą mediów tworzy wizerunek i kreuję opinię. W przypadku Wenezueli i Chaveza stworzył znany większości wizerunek niebezpiecznego kraju rządzonego przez jeszcze bardziej nieprzewidywalnego dyktatora. Tymczasem Chavez, wygrywając w wolnych wyborach, zmienił kierunek polityki, który do tamtego czasu wspierał zagraniczny kapitał, a dyskryminował zwykłych mieszkańców Wenezueli. Odebrał sprzedane zasoby kraju, w tym ropę, i postanowił zaprząc je do budowy kraju powszechnego dobrobytu. Nastąpiły czasy boliwariańskiej rewolucji. Chavez postawił na socjalizm, nie na komunizm czy inną karykaturę, ale na idealistyczny model nawiązujący do czasów słynnego Libertadora (wyzwoliciela) Simona Bolivara. Oczywiście w kraju, w którym przez wieki nikt nie myślał o warstwach niższych niż elita nie jest łatwo osiągnąć stan nawet zbliżony do ideału. Mimo to silna ręka Chaveza przeznaczała coraz więcej środków na opiekę zdrowotną, która jest tu darmowa nawet dla cudzoziemców (zapraszam nieubezpieczonych do stomatologa w Palma de Mallorca). Zbudowano setki szkół, które do czasów rewolucji były zarezerwowane tylko dla najbogatszych obywateli. Zniesiono wiele niesprawiedliwych mechanizmów, które powiększały dysproporcje między biedotą a elitami. Wprowadzono nowe prawa. Wszystko to odbyło się kosztem grupy, która czerpała do tej pory ogromne korzyści z panującej w kraju dzikiej wolności pieniądza i władzy.

Rok temu Hugo Chavez odszedł na zawsze i zostawił swoje dzieło Nicolasowi Maduro. Niestety z rozmów na ulicy wynika, że Maduro nie jest osobą, która jest w stanie kontynuować idee rewolucji. A przynajmniej nie jest na tyle silny, by kontrolować coraz większy chaos w granicach Wenezueli, który podsycają wszystkie organizacje chcące znów odzyskać dostęp do zasobów tego bogatego kraju. Wenezuela jest w stanie zapewnić dobrobyt każdemu swojemu obywatelowi, tymczasem kapitał zagraniczny wprowadzając swoje reguły gry zapewnia godny standard niewielkiej części społeczeństwa.
Nie chcę być ambasadorem Chaveza, jednak podziwiam go za konsekwencję w walce o zwykłego obywatela. Bo mimo wielu zarzutów tylko on potrafił cokolwiek zmienić w procesie notorycznej „wywózki” najcenniejszych zasobów Wenezueli. Zmienił zasady dystrybucji dóbr kraju tak by docierały one do względnej większości.

Agresywny globalny kapitalizm opiera się zwykle na zasadzie Pareto (20% społeczeństwa kontroluje 80% zasobów), choć zwykle ten stosunek zbliża się do 5 na 95 czy wręcz 1 do 99. To nie jest model zrównoważony, zapewniający wizję na przyszłość. Ekonomia powinna iść w parze z naszą głębszą naturą, której daleko do czerpania zysków kosztem innych, niszczenia środowiska naturalnego, kreowania wojen o ropę naftową. Ekonomia stanowi podstawę relacji między ludźmi na planecie, dlatego powinna kreować podobne zasady duchowe jak w rodzinie, gdzie nie ma miejsca na bankructwo, wrogie przejęcie, nieuczciwą konkurencję. Co więcej, by uzyskać równowagę na naszej planecie, rodzinę należy rozszerzyć nie tylko na nasz gatunek, ale i na całość ekosystemu, w którym żyjemy. Obecnie wszystko podporządkowane jest sile pieniądza, który już dawno temu przestał spełniać funkcję, do jakiej został stworzony i stał się źródłem globalnego upadku. Nad modelami ekonomicznymi, które potrafią stworzyć nam warunki pomyślnego rozwoju, pracuje coraz więcej progresywnych ekonomistów. Niektóre z nich zostały zastosowane w rzeczywistości. Nowa ekonomia to nie utopia. Dlaczego nadal mamy do czynienia z ubóstwem i ogromnymi dysproporcjami bogactwa na świecie? Poprosiłem o komentarz zaprzyjaźnioną ekonomistkę Panią Izabelę Litwin.

P.S. Poniżej zamieszczam link do niezwykle inspirującego materiału na temat ekonomii poszerzonej o brakujący dzisiaj wymiar duchowy. Posłuchajcie Charlesa Eisensteina i o tym czym jest święta ekonomia.

http://www.youtube.com/watch?v=EEZkQv25uEs – English
http://www.youtube.com/watch?v=EDykTo3rgs0 – Polski

Komentarz Izabeli Litwin
Poruszający i z pasją napisany artykuł Przemka przedstawia obecna sytuację w Wenezueli w sposób niestety niezbyt optymistyczny.
Cud gospodarczy, dzieło prezydenta Hugo Chaveza traci swoją wyjątkowość. Wenezuela powoli wraca do neokolonialnej przeszłości.
Przyczyn odwrotu od reform Chaveza upatruję w dwóch okolicznościach. Pierwsza z nich to oparcie systemu na charyzmatycznej osobowości jednego człowieka.
Druga to podjęcie zbyt powierzchownych reform o charakterze naprawczym zamiast budowy systemu od podstaw. To pseudosposób, bez likwidacji odsetka, tj. bez likwidacji systemu rozwoju gospodarczego opartego na zadłużeniu się rządów, przedsiębiorstw i ludzi. Trwała poprawa sytuacji materialnej i społecznej wszystkich obywateli jest niemożliwa.
Bez pełnego zrozumienia istoty i roli pieniądza, bez wsparcia nauki, przywódca nie jest w stanie uniknąć błędów, np. pomoc socjalna świadczona w ten sposób, iż dostarcza się ludziom potrzebującym bezpłatnie żywność i odzież, rodzi korupcję urzędników, bowiem to oni decydują, kto jest dostawcą artykułów pomocowych. Oni też decydują, kto kwalifikuje się do otrzymania pomocy. Społeczeństwo wenezuelskie oburzała rosnąca arogancja administracji, a przecież wystarczyłoby zrozumieć, że zamiast produktów, ludzie otrzymują pieniądze. Owe zasiłki, które wolałabym nazwać dywidendą, jako, że są czymś słusznym, sprawiedliwym i należnym społeczeństwu. Owe zasiłki wypłacane według jasnych kryteriów nie tylko zapobiegłyby korupcji, ale także sprzyjałyby odzyskaniu przez naród godności i podmiotowości. Obecnie lichwa powracająca do Wenezueli ze wzmożoną siłą może doprowadzić do całkowitego zniszczenia dorobku wielkiego prezydenta i narodu Wenezueli.