Po Facebooku krąży od pewnego czasu taki rysunkowy żart, obrazujący naturę naszego systemu edukacji: małpa, pingwin, słoń, ryba, foka i pies stają przed komisją egzaminacyjną. Stoją pod baobabem, na wprost profesora w garniturze siedzącego za biurkiem. „Abyśmy mogli sprawiedliwie was ocenić, wszyscy musicie wykonać takie samo zadanie: wejdźcie więc na to drzewo”.

Tak właśnie działa nasz system edukacji – wszyscy jego uczestnicy traktowani są tak samo, poddawani przykrojonym jak od linijki egzaminom, niezależnie od ich indywidualnych cech i zdolności. Aby wiedzę można było sprawdzać metodą „pod sznurek”, trzeba ją najpierw uczniom przekazać – w sposób jednakowy dla wszystkich. Przecież musi być sprawiedliwie. Na wyższych etapach edukacji – gimnazjum, liceum – pojawia się pewna możliwość wyboru, ale tylko pewna. Uczeń może wybrać raczej nauki ścisłe niż humanistyczne, ale w ramach wybranej działki wciąż obowiązują go te same zasady nauczania, co innych.

W ten sposób tworzy się prawdziwy system: twór, którego elementy podlegają określonym zasadom, funkcjonujący jako całość. System, gdy już powstanie, zaczyna żyć własnym życiem, a jego nadrzędnym celem staje się przetrwanie. Ponieważ żyje, zmienia się; jednak zmienia się tak, by nadal trwać. Jeśli gdzieś w systemie zaczyna czegoś brakować, w innym jego miejscu rozpoczyna się nadprodukcja; jeśli tkanka systemu zostanie przerwana, rusza proces jej łatania. Dzięki temu system odtwarza się, utrwala się i umacnia – to mechanizm homeostazy. Powoduje ona, że próby jego zmiany lub wypowiedzenia mu posłuszeństwa napotykają na duży opór i są tłumione. System staje się opresyjny.

Kryzys systemu edukacji według różnych źródeł sięga lat siedemdziesiątych. Zarzut, że szkoła jest zbyt zinstytucjonalizowana, a przez to nie daje uczniom szans indywidualnego rozwoju, pojawił się już czterdzieści lat temu! Inne zarzuty wynikają bezpośrednio z natury systemu: zinstytucjonalizowane szkolnictwo utrwala i odtwarza hierarchię władzy, zasady podziału pracy między uczestnikami, zbyt sformalizowane relacje między nimi, kryzys działania, przejawiający się głównie w biurokratyzacji i etatyzacji szkoły. A więc szkoła reprodukuje jednorodne grupy klasowe, jest winna „standaryzacji produktu”, czyli wiedzy – takiej samej dla wszystkich – a nauczyciele są nadmiernie wyspecjalizowani, przez co przestają widzieć szkołę i proces edukacji jako szeroki i wielopłaszczyznowy.

Kondycję szkoły podsumowuje dobrze cytat z Jacka Żakowskiego: „System edukacyjny jest z grubsza taki jak kontekst kulturowy, w którym funkcjonuje. (…) W tym przypadku [wyrasta z] kultury neoliberalnej, nastawionej nie tyle na holistycznie rozumiany sukces życiowy człowieka, ile na konkurencję. Chodzi o to, by wygrać. Nieważne, na jakiej trasie. Dla zdecydowanej większości należących do tej kultury uczniów i rodziców nie jest istotne, jaki realizują program. Ważne, żeby wygrali. A statystycznie biorąc, wygrywa nie ten, kto się buntuje, lecz ten, kto się lepiej dostosuje.”

Ważne, żeby wygrali. Co wygrali, w czym wygrali? Zgodnie ze wspomnianym kontekstem neoliberalnym, wygrać to odnieść sukces zawodowy, czyli materialny. Edukacja w naszej systemowej szkole ma zatem przygotować studentów do tego, by na rynku, który oferuje coraz mniej miejsc pracy takie miejsce zdobyli, „kosząc” konkurencję.

Czy chcemy, aby taki był cel edukacji?

Co można zrobić, aby szkoła przestała promować przede wszystkim konkurencję, przestała utrwalać i pogłębiać rozwarstwienie społeczne, aby poszczególne dziedziny wiedzy przestały się od siebie oddalać, generując pokawałkowaną wizję świata, aby liczyły się nie papierki i etaty, a rozwój człowieka, i to na wielu płaszczyznach? Może trzeba po prostu zdać się na uczniów? Może wszyscy edukacyjni decydenci powinni przestać uzurpować sobie prawo do podejmowania decyzji o jednorodnym sposobie nauczania dla wszystkich, bo czy ktokolwiek z nas może wiedzieć, w jaki sposób uczyć wszystkich?

Na obrzeżach oficjalnego systemu edukacyjnego rozwijają się – w tej chwili w postępie geometrycznym – inicjatywy, które oddają NAWIGACJĘ po edukacji w ręce uczniów. Coraz więcej rodziców decyduje się uczyć dzieci w domu, w systemie edukacji domowej. W większych miastach Polski grupy rodziców zbierają się, by tworzyć szkoły demokratyczne. W takim trybie nauki nie „realizuje się” ministerialnego programu nauczania, obowiązującego w szkołach[1], lecz pozostawia uczniom wolną rękę co do tego, czego, w jakim tempie i w jakich ilościach zechcą się uczyć. To nie nowość – szkoły demokratyczne istnieją od kilkudziesięciu lat. To tak znane placówki jak angielska Summerhill czy amerykańska Sudbury Valley School. Okazuje się, że takie podejście do nauki – samodzielna nawigacja po oceanie wiedzy, do której motywuje ucznia nie instytucjonalny przymus, lecz ciekawość i naturalna chęć pogłębiania wiedzy – daje bardzo dobre rezultaty. Absolwenci szkół demokratycznych są samodzielni, kreatywni, mają duże umiejętności społeczne, nie poddają się w przypadku niepowodzeń i potrafią korzystać ze swoich zdolności. Podobne efekty daje tzw. edukacja domowa, która zyskuje w Polsce coraz więcej zwolenników wśród rodziców dzieci w wieku szkolnym.

Zinstytucjonalizowany, skostniały system edukacji, jak każdy system, odtwarza się i dąży do tego, by przetrwać. Reformowanie go nie dało nigdy zadowalających rezultatów. Może więc jedyna nadzieja w tym, by oddać ster w ręce „edukacyjnych nawigatorów”. Takich, którzy zamiast zmieniać system edukacyjny, stworzą własną, alternatywną, uczącą się społeczność, być może rozproszoną w przestrzeni, lecz skupioną na kilku wspólnych celach. Jakie to cele?

  1. Samodzielna weryfikacja wiedzy. W edukacji „nawigacyjnej” wiedzę zdobywa się przede wszystkim samodzielnie, tak, jak można i jak się chce, często u źródła, czasem na skróty. Nie dowierza się gotowym rozwiązaniom, nawet jeśli wierzą w nie wszyscy naokoło. Wobec zatrzęsienia źródeł i zalewu informacji ważne jest, aby nauczyć się weryfikować ich prawdziwość. Jak to zrobić? Dobrą wskazówką wydaje się zalecenie Jacka Rossakiewicza: „Nie ulegaj manipulacji. Nie trać zmysłu krytycznego. Zastanawiaj się nad światem, kieruj się wartościami etycznymi, porównuj informacje. Buduj swoją wewnętrzną autonomię i intelektualną samodzielność.”
  2. Właściwe wykorzystanie umiejętności. Umiejętności używa się do tego, by tworzyć nowe rozwiązania, służące społeczności, nawet jeśli autorytety uznają je za niedorzeczne. Stare, niczemu niesłużące, te, które się nie sprawdziły, zostawiamy z tyłu – być może sprawdzały się w swoim czasie. Teraz potrzebujemy jednak nowych narzędzi, na miarę epoki obfitości, rozwoju technologicznego i widocznego na wielu polach kryzysu. Miarą ich wartości nie powinna być cena, jaką rynek nam na nie zapłaci, lecz stopień, w jakim będą mogli skorzystać z nich inni.
  3. Brak ustalonego programu nauczania. Miejsce programu powinna zająć własna ciekawość, chęć poznania i poczucie, że nasze działanie służy czemuś dobremu. Opresyjny system nauczania, sztywny podział na dziedziny, weryfikacja wiedzy poprzez egzaminy – to wszystko raczej zabija motywację do uczenia się, niż ją pogłębia. Można też zastanowić się nad właściwą metodologią. W wielu przypadkach metody dochodzenia do wiedzy pojawią się same – albo w samodzielnym procesie każdego, kto chce się czegoś nauczyć, albo w dyskusjach, interakcjach, rozmowach uczestników pozbawionej hierarchii społeczności. W tym kontekście słowo nawigacja nabiera szczególnego znaczenia. Tzw. „programy nauczania” były dotąd zbiorami wskazówek mówiących o tym, czego i jak uczyć. Programy przestały jednak odzwierciedlać rzeczywistość wokół nas i stały się bezużyteczne. Opracowywanie nowych, całościowych programów wydaje się pomysłem z góry skazanym na niepowodzenie; w czasie na to poświęconym będąca punktem wyjścia rzeczywistość zdąży się już znacznie zmienić. Dopuśćmy zresztą do głosu różnorodność – i własną, lokalną, i globalną – i nie narzucajmy nikomu gotowych rozwiązań. Nawigujmy po ocenie wiedzy, umiejętności i refleksji w sposób swobodny, tylko od czasu do czasu sprawdzając, czy nie dryfujemy w złym kierunku („Nie ulegaj manipulacji…”).
  4. Uznanie dla pomysłów autorskich, lecz bez ich komercjalizacji. Szanujmy osiągnięcia twórców – nie marnujmy ich potencjału. Nie odkrywajmy rzeczy po kilka razy tylko dlatego, że ktoś postanowił opatentować efekty swojej pracy i czerpać z nich zyski. Dzielmy się tym, co już wiemy – inni wykorzystają naszą wiedzę po to, by jeszcze bardziej ją poszerzyć i pogłębić.
  5. Edukacja pojmowana holistycznie. Rozwój umysłowy, intelektualny, na który kładzie nacisk dotychczasowa szkoła, to tylko jeden z wymiarów kształcenia. To ćwiczenie mózgu w analizie przede wszystkim materialnej rzeczywistości. Systemowa szkoła promuje tak pojęty materializm, zaniedbując rozwój emocjonalny, a przede wszystkim duchowy – rozwój w zakresie tego, co „niewidzialne”. Ta przestrzeń to w obecnej edukacji naszej zachodniej cywilizacji puste akweny, na które żadna systemowa szkoła się nie zapuszcza.

W społeczności uczącej się w ten „nawigacyjny” sposób ogólny cel wyłoni się w chwili, gdy zadamy sobie pytanie o to, dokąd każdy z nas chce dopłynąć. Innymi słowy: co dobre dla nas i dla innych. Z takiej szkoły: bez hierarchii, bez konkurencji, bez stresu, bez oczywistych „prawd objawionych” i wyliczania indywidualnego zysku – wyjdą być może absolwenci, którzy stworzą lepszy świat, nie oglądając się na stary.

 


[1] uczniowie muszą opanować podstawy tego programu, jednak nie to jest głównym celem ich edukacji