Hasło naszego premiera: „Więcej wolnego handlu na jeszcze bardziej otwartym rynku UE” wydaje się wskazywać na niepełne rozumienie wpływu gospodarki wolnorynkowej na rozwój gospodarczy naszego kraju.

Trzeba sobie zadać pytanie, czy wolny rynek w ogóle istnieje i dlaczego zasady tego wolnego rynku stosowane są całkowicie wybiórczo. Nie będę tu odnosić się do działań korporacji, a zatrzymam się przy zupełnie zmonopolizowanym rynku ropy naftowej. Czy cenowa zmowa OPEC byłaby możliwa, gdyby gospodarka światowa opierała się na zasadach wolnego handlu?

Światowe zasoby ropy i warunki jej wydobycia są w zasadzie stabilne, a cena ropy w ostatnich latach wahała się od 120 dolarów za baryłkę do 45 dolarów za baryłkę. Obecnie cena baryłki wynosi ok. 80 dolarów. Jakie z tego płyną wnioski?

Pierwszy wniosek: wszystkie państwa świata płacą haracz na rzecz krajów i korporacji będących właścicielami złóż i rafinerii. Ta polityka monopolistyczna stoi w całkowitej sprzeczności z hasłami neoliberalnymi.

Czy ruch cen na giełdach paliwowych odbija się na naszej kieszeni? Kiedy ropa drożała, drożała także benzyna. Kiedy ropa taniała, benzyna w Polsce nie taniała. Zyski Orlenu i Lotosu podlegają podobnej fluktuacji jak ceny surowca. Nic więc dziwnego, iż rząd wycofał się z nałożenia dodatkowej 10-groszowej opłaty za każdy litr paliwa i oznajmił, że ta opłata będzie zrekompensowana dywidendą naszych potentatów rynku paliwowego.

Jeśli przy cenie 120 dolarów za baryłkę ropy płaciliśmy 5 zł za litr benzyny, to zostawiam Wam przeliczenie, ile wynosi Wasz osobisty wkład do Skarbu Państwa z racji posiadania samochodu.