W latach trzydziestych w USA, w czasach prohibicji, Al Capone zarobił krocie na handlu alkoholem i innych karalnych procederach. Chciał te pieniądze spokojnie wydawać, jednakże amerykański fiskus mógł go w każdej chwili zapytać o źródło pochodzenia środków, za które kupował kolejne domy i samochody. Al Capone, jak każdy inny podatnik, musiał  wykazać organom skarbowym, skąd miał pieniądze, inaczej urząd uznałby, że ukrywa swoje dochody przed opodatkowaniem. Za takie przestępstwo groziła kara więzienia.

Al Capone założył w USA sieć chińskich pralni. Oczywiście pralnie nie przynosiły żadnego faktycznego zysku. Rejestrowały jednak fantastyczną „sprzedaż” usług. Zyski z tej sprzedaży były opodatkowane. Dochód – osiągany w sposób legalny.

W ten sposób mafioso „wyprał” swoje pieniądze: w księgach rozrachunkowych jego firmy zapisano zysk wygenerowany rzekomo przez pralnie, choć Al Capone szastał dolarami z działalności przestępczej. Od tego zysku zapłacił podatek – i dzięki temu mógł żyć luksusowo i bezpiecznie. Od pralni Ala Capone wzięło się powiedzenie „pranie pieniędzy”: jest to przepuszczenie nielegalnych dochodów przez legalnie działającą i opodatkowaną firmę.

W prawie polskim praniem pieniędzy jest nie tylko sztuczne zwiększanie sprzedaży, ale także ukrywanie kosztów. Jeśli polski podatnik nie potrafi przekonująco wyjaśnić, skąd ma środki, za które coś kupił, fiskus nakłada na niego podatek w wysokości 75% „ukrytych” dochodów. Dlatego każda mafia, która dba o właściwe wypranie pieniędzy, zakłada legalne przedsiębiorstwa.

Jeżeli na konto polskiej firmy (lub osoby prywatnej) wpłynie kwota o wartości powyżej 15 tysięcy euro, może to wzbudzić podejrzenie banków, które rejestrują takie przepływy. Przekazują one dane tak zwanych operacji „ponadprogowych” i „podejrzanych” do Głównego Inspektoratu Informacji Finansowej, który może sytuację skontrolować. W latach 2008–2010 wartość podejrzanych transakcji zrealizowanych w Polsce przekroczyła
5 miliardów zł.