Nasi wspaniali decydenci planują wprowadzenie od 1 lipca przyszłego roku obowiązku uczestniczenia każdego pracownika w tzw. PPK (Pracownicze Plany Kapitałowe).

Każdy pracownik ze swojego wynagrodzenia netto, czyli z wynagrodzenia po opodatkowaniu i po potrąceniu składek ZUS, będzie przekazywał na swój rachunek w instytucji prowadzącej PPK 2,5 %. Także pracodawca będzie zobowiązany odprowadzać na ten fundusz od wynagrodzeń swoich pracowników taką samą składkę. Budżet państwa będzie dopłacał do poszczególnych rachunków określoną, jednakową dla wszystkich kwotę. Zatem gromadzone środki na rachunku PPK będą pochodziły z trzech źródeł: od pracownika, od pracodawcy i z budżetu państwa.

Powodem wprowadzenia takiego systemu jest zachęcenie Polaków do oszczędzania, ponieważ rząd uznał, że nasza skłonność do oszczędzania jest bardzo niska.

Ciekawe, z czego mamy oszczędzać?

Rządzący obawiają się, że emerytury wypłacane w przyszłości będą zbyt niskie, by móc się z nich utrzymać, a pieniądze zgromadzone na PPK mają złagodzić te niedobory. Środki zgromadzone na PPK miałyby być wypłacane emerytom stopniowo przez 10 lat. Pracownik już po roku miałby prawo do rezygnacji z PPK, oczywiście na piśmie, ale wypłata tych środków podlegałaby opodatkowaniu.

W jakim celu wymyślono tak karkołomny proces zmuszający do oszczędzania? Otóż powodem jest zasilenie giełdy i zachęcenie spekulantów do gry na giełdzie warszawskiej. Chodzi o ożywienie giełdy, która po zlikwidowaniu OFE, prawie całkowicie zamarła.

Gromadzone na PPK środki będą służyły instytucji zarządzającej nimi do kupowania akcji na giełdzie i do kupowania obligacji rządowych. Jeśli notowania na giełdzie będą rosły, to równocześnie będą wzrastały środki na rachunkach poszczególnych osób.

W ten oto sposób rząd włącza obywateli do bardzo ryzykownej gry giełdowej. Co się bowiem stanie, jeśli na giełdzie nastąpi krach albo długotrwała bessa? Zgromadzone przez nas środki stracą na wartości, być może bardzo radykalnie.

I znowu okazuje się, że interes obywateli przegrywa z interesem rynków finansowych. Jestem całkowicie przeciwna zmuszaniu obywateli do uczestniczenia w rynkach finansowych i cieszę się, że w Polsce istnieje taka osoba, jak prof. Leokadia Oręziak, która nie tylko trzeźwo patrzy na tego typu igranie przyszłymi emeryturami, ale także w tym zakresie jest wyjątkiem na skalę światową.