Pora by wracać, a nie jest to łatwe. W końcu spędziłem z rodziną don Raula dwa lata. Amazonia stała się moim drugim domem. Schowana za potężnymi Andami mistyczna kraina, zdradziła mi swoje najbardziej strzeżone tajemnice. Lasy deszczowe są nie tylko płucami naszej planety, są jej sercem. Tutaj wzdłuż największej rzeki świata, zwanej przez niektórych rzeką-morzem ciągną się wciąż niedostępne, rozległe po wszystkie horyzonty wszechogromne rozlewiska. To miejsce jest eksplozją czystej kreacji i nie można jej przyrównać do żadnego innego miejsca na Ziemi. Poznałem mieszkańców tych nieprzebytych przestrzeni… dżungli, gór, pustyń, którzy znają to miejsce najlepiej, dużo lepiej niż ktokolwiek, kto trafił tu po Kolumbie. Mimo tego, że dziś traktuję to miejsce jak drugi dom, nie mogę powiedzieć, że nagle zmieniłem się w Indianina.  Myślę jednak, że zrozumiałem to co jest  najważniejsze w ich życiu, a przez to również i w moim własnym. Odkrycie Indii Zachodnich, konkwista i kolonializm zmienił to miejsce raz na zawsze, ale otworzył też tylną furkę do wiedzy moich przodków. Polityka nie zniszczyła więzi Indian z naturą i Pachamama nadal jest obecna w ich codziennym życiu. Będąc Słowianinem wiem, że nie bez powodu życie zaprowadziło mnie w to miejsce. Dawniej przecież my żyliśmy według tych samych praw i tylko splot wydarzeń historii sprawił, że żyjejmy w Polsce, Rosji, Chowacji, Czechach, czy też innych podzielonych mniej lub bardziej wpółczesnych krajach słowiańskich. Żyliśmy w zgodzie z odwiecznym rytmem natury, szanując każdy jej przejaw. Nasze wierzenia nie wynikały z doktryn, a z głębokiej więzi z otaczającym nas światem. Dawna tradycja spajała nas z naszym wewnętrznym przewodnictwem. Przewodnictem, które decyduje, czy nasze życie bedzie ewolucją, czy też zmarnujemy je i prześpimy w systemowej iluzji oddzielności.