Ekonomiści i futurolodzy przewidują, że do roku 2030 w krajach rozwiniętych roboty w dużej mierze zastąpią żywych ludzi. W tej sytuacji postulują, aby robotom wypłacać wynagrodzenie i pobierać od nich podatki.
Pomysł wydaje mi się o tyle niedorzeczny, że przecież już istnieje i nie trzeba go postulować.
Cena za buty, płacona rzemieślnikowi, prawie w całości jest wynagrodzeniem za pracę. Podobna cena, płacona za obuwie wyprodukowane fabrycznie, w niewielkim procencie jest wynagrodzeniem za pracę ludzką. Co najmniej 80% ceny to wynagrodzenie, które otrzymuje maszyna, a za jej pośrednictwem – kapitalista, który ją kupił. Oczywiście od wszystkiego płacony jest podatek.

Tak naprawdę to maszyny są obecnie wynagradzane, chociaż pieniądze płyną do kieszeni ich ludzkich właścicieli. Mówiąc prosto, maszyna pracuje za jej właściciela, który odpoczywa sobie na plaży.

Zatem przyszłość, przewidywana przez futurologów, dzieje się na naszych oczach. Rysuje się ona dość dramatycznie. Właściciele maszyn i robotów będą otrzymywać wynagrodzenie, a ludzie pozbawieni pracy mogą spokojnie umierać z głodu.

Nic więc dziwnego, że idea dochodu podstawowego znajduje poparcie wśród tych leżących na plaży. Jeśli nie będzie dochodu gwarantowanego, to kto kupi produkcję robotów?