Państwo nadmiernie zadłuża się, aby móc choć w niewielkim stopniu spełnić obietnice polityków składane w kampanii wyborczej. W jaki sposób zadłuża się państwo i u kogo?

Państwo emituje obligacje i bony skarbowe, które może kupić każdy: inne państwa, banki krajowe i zagraniczne, a także osoby fizyczne. Osoby fizyczne najczęściej kupują obligacje skarbu państwa za pośrednictwem rozmaitych FUNDUSZY, np. funduszy emerytalnych czy ubezpieczeniowych.

Wpłacając pieniądze do funduszy, czyli nabywając udziały w tych funduszach, kupujący staje się ich cząstkowym właścicielem. Fundusze jako instytucje finansowe dysponują dużą gotówką, mają zatem lepszą pozycję negocjacyjną niż pojedynczy człowiek, kupują więc na lepszych warunkach.

Pieniądze lokowane w funduszach są profesjonalnie zarządzane, m.in. w ten sposób, że fundusz kupuje obligacje rządowe (czyli pożycza rządowi pieniądze) na jakiś czas i odbiera je powiększone o odsetki. Kupując bony skarbowe realizuje dyskonto, tzn. że za bon o wartości np. 100 zł płaci tylko 90. Poza tym fundusze kupują i sprzedają akcje na giełdzie papierów wartościowych oraz towary na giełdach towarowych z zamiarem odsprzedania ich z zyskiem. Czasem, jeśli akcje są ulokowane w dobrze prosperującej spółce akcyjnej, fundusz otrzymuje także dywidendę, czyli część zysków spółki dzielonych według liczby posiadanych akcji.

Wielkie fundusze, w których mogą uczestniczyć tylko bardzo bogaci ludzie, bo jeden udział w nich może kosztować np. 1 milion euro, dysponując ogromną sumą pieniędzy, spekulują w bardzo przemyślny sposób, nie tylko na papierach wartościowych (akcjach i obligacjach), ale także na kursach walutowych. Do obrotu walutami stosuje się prawo popytu i podaży. Każda wielka ilość papierów wartościowych danego rodzaju lub określonej waluty oferowana do sprzedaży wywołuje natychmiastowy spadek ich ceny. Jak cena spadnie wystarczająco nisko fundusze odkupują te papiery lub waluty z wielkim zyskiem.

Emitując obligacje i sprzedając je – państwo zadłuża się. Ten dług nazywa się długiem publicznym. Jego spłata odbywa się nieco inaczej niż spłata naszych kredytów, ponieważ do momentu wykupu obligacji (czyli zwrotu całej pożyczonej kwoty) państwo spłaca systematycznie tylko odsetki. Odsetki te stanowią główny składnik kosztu obsługi długu publicznego.

Dochodem państwa są głównie podatki – zatem państwo pokrywa koszt obsługi długu publicznego z kieszeni podatnika. Im większy koszt obsługi długu, tym wyższe podatki nakłada się na obywatela. Także wykup obligacji spłacany jest z kieszeni obywateli.
Do kogo płyną pieniądze z odsetek?

Oczywiście do tego, kto je pożyczył. Czyli do posiadaczy obligacji, tj. do banków innych państw, banków komercyjnych i funduszy. Ponieważ obligacje państwowe są przedmiotem handlu (można je kupować i sprzedawać na giełdzie) rzadko bywają przez cały okres od emisji do wypłaty w posiadaniu jednego podmiotu.

Wyobraźmy sobie, że fundusz X posiada 1000 obligacji Grecji, które nabył za cenę 100 000 euro. Nagle agencje ratingowe ogłaszają, że Grecja może być niewypłacalna. Fundusz X sprzedaje te obligacje za 60 000 euro, woli bowiem stracić niewiele niż wszystko. Spekulujący fundusz Y uzyskał poufną wiadomość, że Grecja dostanie np. pomoc unijną. Nabywa te obligacje a następnie, po kilku dniach, sprzedaje za np. 80 000 euro, ponieważ Grecja odzyskała wiarygodność finansową.

Kto na tym zyskuje? W jakimś niewielkim procencie zyskują drobni ciułacze, w ogromnej większości dotyczy to jednak małej grupy osób, którą dla uproszczenia będę nazywać w dalszej części wywodu midasami.

Midas to człowiek, który bogaci się tylko dlatego, że jest w posiadaniu pieniędzy. Nie pracuje, niczego nie tworzy, nie jest również przedsiębiorcą. Zasila szeregi celebrytów. Szybkość przyrostu majątku midasów zależy jedynie od umiejętnego ich lokowania. Jeśli bowiem midas złoży je w banku, to przyrośnie mu niewiele, np. 1 milion złotych na lokacie 5% daje przyrost 50 000 złotych rocznie. Jeśli lokaty nie ruszamy przez 10 lat, kwota ta wzrośnie do 2 milionów 600 tysięcy złotych, a jeśli nie ruszamy przez 15 lat – do 4 milionów 150 tysięcy. Przyrost ten określiłam jako niewielki, ponieważ lokowanie w funduszach „dla bogaczy” przynosi zyski wielokrotnie wyższe, często nieobciążone podatkiem. Służą temu raje podatkowe i działania lobbystów, które skutkują zwolnieniami i ulgami podatkowymi.
Skąd płyną pieniądze do portfeli midasów?

Z obciążeń pozostałych 99% populacji. Są to odsetki od kredytów udzielanych ludności i od kredytów udzielanych przedsiębiorcom, wkalkulowanych w cenę towaru, które trafiają do midasów – udziałowców (właścicieli) banków, a także odsetki od długu publicznego, płacone z podatków ściąganych od ludności, które również trafiają do midasów – posiadaczy obligacji.

Kto więc w efekcie płaci te wszystkie odsetki? My, konsumenci – owe 99% populacji.

System stworzył spiralę stale wzrastającego przepływu pieniądza od niezamożnej części społeczeństwa potrzebującej kredytu do bogaczy dysponujących nadmiarem. Jeśli przyjąć model naczyń połączonych, to trwa coraz szybszy proces przepływu pieniądza z naszych kieszeni do portfeli światowej finansjery. Emisja nowego pieniądza (hamowana strachem przed inflacją) nie nadąża za tym przepływem.

Wszyscy spotkaliśmy się z sytuacją, gdy miesięczna przewidziana spłata kredytu staje się niższa niż należne odsetki i kredytobiorca wpada w pułapkę kredytową. Pomimo comiesięcznych płatności jego zadłużenie nie maleje, lecz rośnie. W takiej sytuacji człowiek w Polsce będzie miał komornika na karku do końca życia – natomiast w innych krajach, np. w USA, funkcjonuje i jest szeroko stosowana tzw. upadłość konsumencka. Konsument zgłasza do sądu swoją niewypłacalność. Sąd cały majątek (oprócz samochodu, sprzętów domowych i narzędzi pracy) przyznaje wierzycielom. Długi są umarzane (znikają). W ostatnim okresie miliony Amerykanów zbankrutowało. Straty, które poniosły banki – pokrył rząd. Z czego? Z podatków konsumentów. Koło się zamyka. Zawsze tak się dzieje, że majątek wielkiej finansjery zostaje uszczuplony w niewielkim stopniu, a za całe „zamieszanie” płaci podatnik. Trwa proces prywatyzacji zysków i upubliczniania strat.

W doktrynie ekonomicznej przyjęto, że pieniądz jest nie tylko środkiem płatniczym, jest także towarem. A zatem jak każdy towar ma cenę. Ceną rządzi prawo popytu i podaży. Ceną pieniądza są odsetki. Im łatwiejszy dostęp do pieniądza (kredytu), tym odsetki są mniejsze.

Równoważnik pieniądza, jakim są np. obligacje, podlega także prawu podaży i popytu, i w związku z tym podatny jest na spekulacje. Poza oficjalnym obiegiem bankowym zgromadzono w wielkich funduszach środki pieniężne i ich równoważniki. Zasoby wielkich funduszy są większe niż sumy, którymi łącznie dysponują wszystkie banki na świecie i są one w stanie zachwiać finansami każdego niewielkiego kraju. Wielkie fundusze pomnażają lokowane w nich pieniądze midasów poprzez spekulacje: walutą (pieniężne papiery wartościowe i różnice kursowe), towarem (na giełdach towarowych) i akcjami.

Wszelkie zachęty do życia na kredyt dyktowane są nie tylko pazernością wielkiej finansjery, ale także wynikają z przyjętych zasad ekonomii, uznających, że tylko kredyt powoduje przyspieszenie obiegu pieniądza, wywołuje wzrost konsumpcji, a zatem wzrost gospodarczy kraju. Trzeba odejść od obowiązujących doktryn, pobudzając gospodarkę na zasadzie równowagi: wartość oszczędności = wartość udzielonych pożyczek z wyłączeniem kredytów (pożyczka – przekazanie pieniądza wcześniej zdeponowanego, kredyt – wytworzenie pieniądza pustego), wykluczając naliczanie odsetek.

Wzrost gospodarczy, tj. przyrost zasobów towarów i usług, równoważyć powinna emisja nowych środków płatniczych. Obecna nierównowaga wynika z różnicy oprocentowania depozytów i pożyczek bankowych oraz oprocentowania kredytów, ponieważ owa różnica oraz oprocentowanie kredytów skutecznie drenują rynek pieniądza.

Odpowiadając na ewentualne zarzuty ekonomistów, informuję, że niniejszy materiał ma charakter popularyzatorski, co wymagało zastosowania szeregu usprawiedliwionych uproszczeń. Tylko prosty wywód jest w stanie opisać działający mechanizm w sposób przystępny.