Wyobraź sobie, że wybuchła wojna. Pieniądz utracił ważność, banki są pozamykane. A żyć trzeba. W miasteczku jest piekarnia. Piekarz ciągle ma zapas mąki i wypieka chleb. Gdy jego córka zapada na zdrowiu, piekarz musi kilka razy wezwać lekarza. Przy pierwszej wizycie daje lekarzowi bochenek chleba. Ale przy następnych lekarz chleba już nie chce. Jak piekarz może mu zapłacić?

Otóż daje on lekarzowi kwit, na którym napisał: „Właściciel tego kwitu może w każdej chwili zamienić go na bochenek chleba w mojej piekarni. Piekarz”. Lekarz przyjmuje za swoją pracę kilka takich kwitów. Następnie idzie do rzeźnika i kupuje pół kurczaka, płacąc dwoma kwitami od piekarza. Rzeźnik chętnie je bierze. Wszak trzeba mieć czym płacić.

Kwity na chleb krążą z rąk do rąk. Od piekarza do lekarza, rzeźnika, rolnika, szewca i tak dalej. Kolejni posiadacze nie wymieniają swoich kwitów na chleb, lecz zaspokajają dzięki nim jakąś inną potrzebę.

Czym jest ten kwit? Pieniądzem lokalnym. W tym wypadku jednostka monetarna to nie „złoty”, a bochenek chleba. Kwit na chleb stał się symbolem dowolnego, dostępnego dobra. A piekarz został emitentem pieniądza.

Czy taki niewydawany przez bank pieniądz może procentować? Nie może. Nie może więc też wpędzić nikogo w pułapkę spirali zadłużenia.

Czy ktoś to już wypróbował?

Historia piekarza to nie idealistyczny wymysł z hipotetyczną wojną w tle. Lokalne pieniądze wypuściły
w Polsce władze miejskie i powiatowe w czasie pierwszej wojny światowej. Wzięli się za to także przedsiębiorcy. Niemieckie bony w wyniku inflacji straciły wartość i zaczęły znikać z rynku. Wtedy dyrektor śląskiej fabryki cementu „Szczakowa” wyemitował papierowy bilon zastępczy, przede wszystkim po to, by ulżyć żonom robotników prowadzącym gospodarstwa domowe. Na banknotach wydrukowano zapewnienie, że fabryka ręczy za ich wykupienie, gdy tylko pojawi się nowa polska waluta. Problem
z rozliczeniami zniknął.

Obrót lokalnymi pieniędzmi to nie tylko wynalazek na wypadek wojny. W podobny sposób niedobory pieniędzy uzupełnia współcześnie hiszpańskie miasteczko Villamayor de Santiago. W Hiszpanii wciąż można wymieniać pesety na euro, a wielu Hiszpanów trzyma pesety w domu „na wypadek, gdyby euro upadło”. Zachomikowanych pieniędzy może być nawet około 1,7 miliarda. Od początku tego roku 30 przedsiębiorstw w Villamayor zaczęło współpracować, rozliczając się w pesetach. Wypracowany w ten sposób zysk wymieniają na euro. Pesety mogą nie tylko pomóc zmniejszyć 30-procentowe bezrobocie w Villamayor,
ale i stać się zalążkiem lokalnej waluty.

Na drukowanie i używanie lokalnych pieniędzy zdecydowali się też Niemcy. W Poczdamie w jednej z agencji świadczących usługi porządkowe jednorazowe mycie okien kosztuje 14 „jabłkowych blutenów”, a filiżanka cappuccino w bawarskiej miejscowości Rosenheim 3 „chiemgauery”. Chiemgauer to pieniądz, którym posługuje się w Bawarii 2,3 tys. osób i 600 firm. Powstał z inicjatywy nauczyciela akademickiego i jego studentów, odpowiedzialnych za druk banknotów, administrację, księgowość, reklamę oraz inne niezbędne usługi.

Gdy Europa walczy o przetrwanie euro, na całym świecie zyskują sobie zwolenników lokalne waluty. Własne pieniądze drukują społeczności w Kalifornii, Wisconsin, Oregonie, Pensylwanii, Michigan
i Massachusetts.

Lokalny pieniądz wspiera lokalny biznes: sprzyja tworzeniu nowych miejsc pracy, promocji zrównoważonego rozwoju oraz stymulowaniu lokalnej ekonomii.

Na podstawie: www.barter.org.pl
(Artykuł o walucie lokalnej opublikowany na Onecie został usunięty, ale mirror można przeczytać tu)