Nauki społeczne, których prawa i tak nigdy nie były w pełni sprawdzalne i powtarzalne przeżywają kryzys i nabierają charakteru jedynie historycznego.

Nauka akademicka, także ta oficjalna, zaczyna zdawać sobie sprawę z tej sytuacji. Wiedza przekazywana nowym pokoleniom staje się całkowicie nieprzydatna. Zmuszanie młodych do opanowania wiedzy zawartej w oficjalnych programach nauczania to marnotrawstwo potencjału intelektualnego pokolenia dzieci sieci.

Jesteśmy na rozdrożu. W nauce STARE już się nie sprawdza. NOWE jeszcze nie powstało. W tej sytuacji, moim zdaniem, kształcenie akademickie młodzieży powinno opierać się na nauce samodzielnego, krytycznego, twórczego myślenia. Młodzież musi nauczyć się wątpić, sprawdzać prawdziwość informacji, tez, uznanych praw. Musi nauczyć się kwestionowania założeń, pewników, oczywistości. Musi odejść od myślenia ortodoksyjnego. Buntowniczość, obrazoburstwo, właściwe młodości, w procesie kształcenia akademickiego powinno być wykorzystane do tworzenia przez nich, pod kierunkiem doświadczonej kadry, oryginalnych teorii, budowania modeli ekonomicznych i społecznych, analizowania rzeczywistości istniejącej i przyszłych potencjalnych zdarzeń, przewidywania trudności i sposobów na ich zaradzenie.

Czy realizacja tych postulatów jest realna? Tak, choć może nie wprost. Nasza, niewątpliwie świetna kadra naukowa jest zniewolona w tym samym stopniu, co reszta społeczeństwa. Granty i kredyty skutecznie tłumią każde nowatorstwo. Dylemat naukowca czy mówić otwarcie i narazić się nie tylko na ostracyzm środowiska akademickiego, ale także na utratę środków do życia, czy tez pozostać nonkonformistą i oportunistą, trzeba rozstrzygnąć trzecią drogą. Drogą bliską starszym pokoleniom – drogą Konrada Wallenroda.

Czy zapoznając młodzież z nowymi trendami w naukach ekonomicznych i społecznych musimy określać własne stanowisko?

Milczące poparcie ma większą moc niż krzyk, skutecznie ośmieszany przez skorumpowane media.