Powszechne przyznawanie tzw. kredytów frankowych, rozpowszechniane w całej Europie od 2006 roku, przypomina grę w trzy karty – w obu przypadkach na początku gracz wygrywa. Zachęcony realnymi korzyściami przestaje myśleć o ryzyku i konsekwencjach. Utrzymujący się z gry w trzy karty jest powszechnie uznawany za oszusta. Zanim przejdę do samego scenariusza tego procederu muszę omówić dwie, wydawałoby się niezwiązane ze sprawą, okoliczności.

Po pierwsze, polskie prawo cywilne opierające się na swobodzie zawierania umów dopuszcza możliwość nominowania cen transakcyjnych w walutach innych niż złotówka, np. zawierając umowę najmu mieszkania, możemy określić kwotę czynszu za jeden metr w euro. Natomiast zapłata następować musi w walucie narodowej, tzn. w złotówkach. Oznacza to, że nasze dochody i koszty najemcy mogą się wahać w zależności od kursu euro. Euro jest tu tylko regulatorem wysokości czynszu. Czy w tym wypadku wynajmujący i najemca obracają euro? Czy musza posiadać euro? Nie, euro jest tylko przelicznikiem. Równie dobrze moglibyśmy określić cenę wynajmu jednego metra powierzchni w oparciu o średnią cenę kg jabłek.

Po drugie, nazwa „kredyt we frankach szwajcarskich” sugeruje, iż jest to kredyt udzielany w tej walucie. Jeśli przedsiębiorca stara się o kredyt w dolarach, ponieważ swoim amerykańskim kontrahentom płaci dolarami, to mamy podstawę mówić o kredycie dolarowym. Jeśli kupowałabym nieruchomość w Hiszpanii, to starałabym się o kredyt w euro, ponieważ Hiszpan zapewne nie zechciałby przyjąć złotówek. W takiej sytuacji bank musiałby dysponować odpowiednią rezerwą w walucie, w której udziela kredytu, w tym wypadku euro.

Zważywszy na te okoliczności trzeba powiedzieć że tzw. kredyt frankowy jest faktycznie kredytem złotowym. Bowiem żadnemu z deweloperów kredytobiorca, za pośrednictwem banku, nie zapłacił frankami. Deweloperzy otrzymywali złotówki. Bank nie musiał posiadać rezerwy we frankach szwajcarskich. Nie nabywał i nie sprzedawał franka szwajcarskiego. Jedyną czynnością nietypową było przeliczanie zadłużenia na podstawie bieżącego kursu franka.

Przyczynami uruchomienia produktu bankowego powszechnie znanego pod nazwą kredytu frankowego były:
1. Boom na rynku nieruchomości.
2. Prowadzenie przez banki ekspansywnej polityki kredytowej na rynku kredytów hipotecznych.
3. Walka konkurencyjna między bankami wymuszająca potanienie kredytów. Jedyną możliwością potanienia było wprowadzenie nowego produktu.
4. Obniżenie kryteriów oceniających zdolność kredytową.

Zbałamucony klient, któremu przedstawiano prognozowany harmonogram spłat, nie w pełni świadom ryzyka kursowego, decydował się na kupno mieszkania. Analityk kredytowy, badając jego zdolność kredytową zapewniał go, że jest w stanie spłacić to zadłużenie. Podobnie jak w grze w trzy karty początki były zadowalające. Raty i odsetki niższe od kredytów tradycyjnych, spłaty mieszczące się w budżecie domowym. Kryzys roku 2008 zmienia wszystko. Spłaty nie wystarczają na pokrycie odsetek. Wartość franka – przelicznika kredytowego – gwałtownie rośnie. Zadłużenie gospodarstw domowych, zamiast maleć, pogłębia się. Gra w trzy karty działa. Przychodzi czas strzyży. Kredyt o wartości 500 tys. zł wzrasta do 1 mln zł. Kwota odsetek się także podwaja. Wartość nieruchomości zabezpieczającej kredyt gwałtownie spada. Miesięczna spłata nie wystarcza nawet na pokrycie odsetek.

Czy w tej sytuacji nadzór bankowy nie powinien z urzędu ograniczyć wartości przelicznika, którym był frank? Usztywnienie go ograniczyłoby jedynie zyski banków, równocześnie umożliwiając zadłużonym wyjście z pułapki kredytowej. Takie usztywnienie przelicznika jest logiczne i sensowne, ponieważ w określonej sytuacji na żadnym etapie nie występuje wymiana walut. Frank jako realna waluta znajduje się poza całym procesem. Usztywnienie franka dla celów przelicznikowych nie powoduje żadnych perturbacji na rynku finansowym, w szczególności na międzynarodowym rynku finansowym, ponieważ nie ma związku z realnymi przepływami finansowymi.

Kredyty frankowe to produkt oparty na dwóch oszustwach. Pierwsze oszustwo jest powszechnie znane i dotyczy wszystkich kredytów – to udostępnianie środków płatniczych realnie nieistniejących oraz pobieranie od tych pustych pieniędzy odsetek. Drugie oszustwo, specyficzne dla tego produktu, polega na wmówieniu opinii publicznej, że kredyt frankowy zachowuje się w sposób nieprzewidywalny dlatego, że jest związany z zakupem i sprzedażą franka szwajcarskiego za złotówki. Oczywiście podszewką całego procederu jest spekulowanie walutami na wielką skalę uprawiane przez największych światowych potentatów finansowych. To właśnie oni, z pełną świadomością, inspirowali te działania. I to oni stworzyli i upowszechnili ten znienawidzony przez wielu oszukanych Polaków produkt.

Co by się jednak stało, gdyby historia potoczyła się inaczej i frank traciłby na wartości? Skorzystaliby na tym kredytobiorcy, ale banki nie poniosłyby żadnych strat. Banki były i są ubezpieczone na wypadek spadku kursu franka. W tej sytuacji wydaje się, że udowodnienie oszustwa bankowego jest sprawą jedynie zrozumienia przez sędziego mechanizmów tego procederu.