Szczęście ludzkie w naszej polskiej, nasiąkniętej polityką rzeczywistości jest zasadniczo uzależnione od czynników zewnętrznych. Niecałe 30 lat od kiedy transformacja gospodarcza wpuściła zachodnie marki towarowe można zauważyć jaki wpływ ma promowanie konsumpcji na stan naszego ducha. Po tych wszystkich latach można śmiało się pokusić o ocenę tego co nam sprzedano. Większość niestety bezkrytycznie kupiła w całości konsumpcyjną filozofię i dziś niemal cały naród pogrążony jest w niespełnionym śnie propagandy sukcesu. Wzrost PKB podniósł pozycje Polski do pierwszej 20tki światowej, niestety jakoś nie potrafię zauważyć, żeby przełożyło się to na poczucie szczęścia. Jednak coraz więcej osób zauważa bezsens szczurzej pogoni za wzrostem gospodarczym. Propaganda medialna wtóruje politykom minimum 5% wzrostu w skali roku, a kolejne rzesze absolwentów uczelni ekonomicznych zamiast kreować ów rozwój z pozycji wyedukowanego człowieka, sprzedają korporacjom swoje życie za coraz rzadziej akceptowalne minimum (breadline). Bardziej obrotni mają szczęście załapać się na wyższe stołki, ale przy naszych pensjach i tak muszą podpisywać 30 letnie cyrografy na zakup ciasnej, ale własnej ostoi w modnej lub nie dzielnicy stolicy. No tak, Stolica, centrum transformacji gospodarczej i programowania na ten mityczny sukces kapitalizmu. Przecież poza stolicą i paroma ośrodkami miejskimi nie ma nawet co patrzeć i szukać sukcesów… no chyba, że kogoś satysfakcjonują wyjątki potwierdzające regułę. Wieś i małe miasta pierwsze opuściły Polskę, jak tylko poluzowały się bariery migracyjne. Większość osiedliła się, jak to się już po polsku mówi, w „jUKeju” i jeśli sukces naszej gospodarki nadal będzie bazował na obecnym modelu niewykluczone, że wyprzedzimy Hindusów i zostaniemy największą mniejszością narodową Zjednoczonego Królestwa.

Jeśli jesteśmy już przy Hindusach, to opowiem Wam moją historię, krótki reportaż na temat inicjatyw gospodarczych, które stanowią ważny filar indyjskiej koncepcji rozwoju. Wróćmy na chwilę do pojęcia szczęścia i jego głębszej nieco definicji. Według najstarszych ruchów duchowych świata, w tym Hinduizmu i licznych jego odmian, za nasze szczęście odpowiadamy jedynie my sami osobiście, a w zasadzie decyduje o nim nasza własna świadomość, składnik wielopoziomowej konstrukcji człowieka. Owszem materia też jest ważna, bo to jest poziom, na którym operujemy w tej rzeczywistości i warto od czasu do czasu coś zjeść, założyć jakiś ciuch, czy schować się przed niesprzyjającymi warunkami środowiskowymi (zwłaszcza, gdy zbliża się kolejna zima stulecia). Jednak, czy ta namacalna rzeczywistość jest całością naszego ja i wyłącznie zaspokajając potrzeby ciała możemy być szczęśliwi w dłuższej perspektywie? Według obecnego modelu rozwoju chyba tak. Musimy dobrze zjeść, ubrać się najlepiej modnie, mieszkać w wypełnionych zaawansowaną technologią dziuplach, w których to spędzamy większość wolnego czasu, po tym jak w innych większych jaskiniach (biura open space) oddajemy co się należy, na poczet działań, które zazwyczaj w niczym szczególnym nie przysługują się ludzkości. Dobrze jak firma, w której pracujemy nie działa destrukcyjnie np. poprzez promowanie niepotrzebnych nikomu najnowszych „pierdółek” zmontowanych na liniach montażowych w Chinach, czy też ogłupiająco jak agencje reklamowe, a nie daj Boże mało niezależne największe grupy medialne. Zatem rodzimy się, idziemy do szkoły, potem znajdujemy pracę (coraz gorzej płatną), kupujemy rzeczy (coraz droższe i coraz słabszej jakości), na które bierzemy kredyty na całe życie, by potem w pełnej szczęśliwości dotrwać do wieku emerytalnego i wyruszyć na wakacje do sanatorium. Tak to przedstawia się  pół żartem, ale niestety bardziej niż pół serio sytuacja w Polsce. Doprowadziliśmy zatem do sytuacji, gdzie już chyba nie mamy żadnych głębszych uczuć i potrzeb, dla systemu my nie jesteśmy ludźmi, jesteśmy robotami, generatorami „rozwoju”. Jesteśmy częścią matrixa. Bo dokąd prowadzi ten niekontrolowany rozwój? Przyznajmy, że środowisko naturalne i warunki zdrowego życia są z roku na rok coraz lepsze. Kiedy zauważymy, że wystarczy już tej propagandy rozwoju, wzrostu, pseudo sukcesu?

Żyjemy w czasach ekonomii globalnej, gdzie podaż towarów zdecydowanie przewyższa popyt. Problemem nie jest niedobór, a niewydolność systemu i sposób dystrybucji związany z podziałem dóbr. W takiej sytuacji nie potrzebujemy wzrostu, a odpowiedzialnej polityki w zakresie stworzenia warunków uczciwej ekonomii globalnych relacji, w których dzisiaj żyjemy.

Półwysep Indyjski to jedno z tych wyjątkowych dla ludzkości miejsc, gdzie odnajdujemy najstarsze ślady organizacji państwowej. Zanim powstało jakiekolwiek państwo na terenie Europy pradawni mieszkańcy doliny Indusu stworzyli jedną z najrozleglejszych cywilizacji, podwaliny jednej z najliczniejszych i najbardziej zróżnicowanych kultur dzisiejszego świata. Tysiące lat, które kształtowały świat zanim dopiero w ostatnich wiekach podbili go Europejczycy, wiedzeni niskimi pobudkami totalnej dominacji, cywilizacja Indyjska kreowała warunki życia, w których duchowość człowieka była traktowana z należną jej uwagą. I mówię o duchowości, a nie doktrynie religijnej, a różnica między jedną, a drugą jest jakby nie patrzeć zasadnicza. Rozwój ludzkości był tożsamy z równowagą pomiędzy tym co materialne i duchowe. Nie bez powodu do dziś wiedza duchowa potomków stanowi trzon codzienności mieszkańca tego regionu świata. Jeśli mamy porównać Hinduizm do Chrześcijaństwa, a w zasadzie do jego dzisiejszej wybitnie zinstytucjonalizowanej formy Kościoła rzymskokatolickiego i innych, to wypada zacząć od podstaw.

Hinduizm jest praktyką duchową zakorzenioną w kulturze, co jest przeciwieństwem dzisiejszego Chrześcijaństwa, przekształconego w doktrynę  narzuconą w zasadzie całemu po średniowiecznemu światu. Zaadaptowana na zasadzie bezdyskusyjnego dogmatu stała się czymś innym, niż była przed zawiązaniem Kościoła w Watykanie. Doktryna była doskonałym sztandarem, pod którym polityka od lat sterowała umysłami ludzkimi zupełnie ignorując korzenie wiary i jej duchowych twórców i prekursorów.  Swojego rodzaju apogeum współczesnej inżynierii społecznej w tej kwestii stanowi dewiza Stanów Zjednoczonych, czyli hasło „In God we Trust”, które zagrzewa zwolenników najbardziej agresywnej polityki globalnego nacisku (terroru?) ekonomicznego. Inżynieria działa, skoro znajdują się rzesze młodych Amerykanów, którzy z pełnym zaangażowaniem razem z największą światową machiną wojenną wymordowali od początków rzekomej wojny z terrorem grubo ponad milion niewinnych istot w regionie Bliskiego Wschodu. To tylko czubek góry lodowej i chyba nie ma co dalej wgłębiać się w cyfry pozostałych konfliktów, gdzie „Bóg” był sztandarem i udzielał łask narodom jedynych, słusznych wartości.  Katolicy opanowali Europę, obie Ameryki i oczywiście pozostałe kontynenty podbite przez kolonizatorów, a nawet dotarli do samych Indii, choć nieco później niż zakładał to Watykan i Hiszpania wspierając podróż Krzysztofa Kolumba po złoto i przyprawy korzenne. Indoktrynacja półwyspu jednak się nie udała i została zakończona w jakże pokojowy sposób (godny samego Jezusa) za przewodnictwem Gandhiego, symbolu duchowej walki o wolność. Choć Portugalczycy, Francuzi i Anglicy zdołali odcisnąć piętno na Indiach nie zaszczepili w licznych narodach zamieszkujących półwysep choroby, która niestety znalazła podatny grunt na przykład w Ameryce Północnej. Mowa o materializmie i chorobliwej wręcz konsumpcji. Nie oszukujmy się i nie wypierajmy historycznych faktów. Watykan to nie jest organizacja filantropijna i zawsze był obecny przy tworzeniu po kolonijnych państwowości. Jest to widoczne nie tylko w sferze uprzywilejowanej religii, ale i w pozostałych przejawach działania systemu państwowego, w tym również najistotniejszym- finansowym. „In God we Trust” znajdziemy na banknotach najważniejszej waluty globalnej, amerykańskiego dolara, której wtóruje waluta aliantów czyli Euro. Różnica zasadnicza między nimi to to, że ropę naftową można kupować jedynie w dolarach. Przypadek? Nie sądzę!

Istnieje bardzo wiele odłamów hinduistycznych, różniących się zarówno wierzeniami jak i praktykami. Zawiłość kulturowa półwyspu i brak instytucji regulujących doktrynę spowodowała duże trudności ze zdefiniowaniem jednego reprezentatywnego wszystkim hinduizmu. Generalnie hinduizm uznaje, że każda wiara, która prowadzi do Boga, jest dobra i nikt nie ma monopolu na zbawienie, tym bardziej żaden ziemski „przedstawiciel” jakiekolwiek mu przyznamy tytuły, czy też efektownie ubierzemy. Wiara jest osobistą więzią między człowiekiem a Bogiem, którego hinduska koncepcja też różni się od promowanej przez katolików wizji sędziwego, mądrego pana wiedzącego lepiej od nas, wie co dla nas najlepsze, a wszelkie nieposłuszeństwo traktuje karą. Nawiązując do Biblii, katolicki Bóg jest mściwy i potrafił nawet unicestwić całą ludzkość, a oprócz potopu sprowadzał kary na całe narody (oczywiście te niewybrane). Pismo Święte do dziś stanowi część mechanizmu prania mózgu, choć powinniśmy wiedzieć, że po śmierci Jezusa wiara była przekazywana w formie niespisanej i dopiero po kilku wiekach zebrano ją w formie tzw. „Słowa Bożego” czyli Biblii. Przekazywaną z ust do ust wiedzę kapłani potem zaczęli modyfikować według rozporządzeń zasadniczo politycznej organizacji nie dopuszczając słowa sprzeciwu, ścigając i karząc przeciwników z pomocą kolejnej „świętej” organizacji, świętej inkwizycji. To wszystko przecież wiemy i choć inkwizycji już jako takiej nie ma, kościół nadal kontynuuję swoją ideologiczną krucjatę, choć na szczęście coraz więcej w nim rozłamu i duchowej nareszcie debaty.

Hinduizm powstał naturalnie, ma tak samo wiele odcieni jak wiele różnych społeczności zasiedla południową Azję.  Wyłoniło się z niej wiele przeróżnych prądów duchowych, w tym bardzo znany Buddyzm, bardziej filozofia pokoju i droga do poznania siebie, niż klasyczna religia oparta na wyższych bytach. W wierzeniach hinduskich wszyscy są sobie równi, niezależnie od wyznania, rasy, państwa, wieku, płci. Nie chcę jednak wybielać całej rzeczywistości, trzeba też wspomnieć, że i w Indiach wiele jest rozbieżności między wiarą mówioną, a wyznawaną. Przykładem jest system kastowy, jednak to jest temat na zupełnie inną bardziej historyczno-socjologiczną analizę regionu. Hindusi nie mają Papieża i całej struktury, którą przez wieki zbudował Watykan. Jestem skłonny twierdzić, że to Watykan rozpropagował wbrew głoszonym ideom niezdrowy zbytek i dążenie za materią. Nie ma potrzeby tego komentować, gdyż majątek Kościoła pozwoliłby na efektywne zastosowanie głoszonych ideałów o miłości i pomocy dla bliźniego. Tymczasem doktryna łamie własne prawa zapisane w Biblii i urządza festiwal przepychu i niestety akceptuje lichwiarską ucztę wśród swoich wyznawców. To się zmieniło, gdyż dawniej Watykan lichwę karał ekskomuniką. Niestety uległ polityce i wpływom świata świeckiego, dopuszczając się w mojej opinii czegoś co pieczętuje jawną zdradę głoszonych idei i wartości. Islam w tej mierze nie ugiął się i w krajach, gdzie występuje taka wielowyznaniowość (w tym w Indiach) stara się chronić przed finansowym podbojem i zniewoleniem. My Chrześcijanie cały czas jesteśmy karmieni przez nasze media strachem i nienawiścią względem innych, tych wszystkich bezbożnych innowierców, zwłaszcza nie lubimy wyznawców Islamu. Podaje się nam  pakiet skompilowanych odpowiednio informacji, które są pigułką pozbawiającą wolności myśli i ducha. Większość ulega, system wzajemnych powiązań obraca o 180 stopni pojęcia prawdy i kłamstwa, dobra i zła. Nie wygodnie jest się wychylać, dlatego mało kto ma odwagę sprzeciwić się doktrynie i dalej płynie w śnie konsumpcji, w przekonaniu, że znajduje się na właściwej ścieżce. Gdzie zatem nauki, które przetrwały nawet do ostatniej wersji Pisma Świętego (odpowiednio zubożone o prawdopodobnie niewygodne fragmenty)? Gdzie ta miłość do bliźniego? Gdzie jest wybaczenie i mądrość? Na pewno nie w banknotach z hasłem „In God we trust” i sile konsumpcyjnej, które one zapewniają.

Patrząc na świat przez pryzmat dualności naszej natury można zauważyć wyraźną polaryzację społeczeństw. Społeczności gromadzą się wokół biegunów określonych wartości. Im społeczeństwa bardziej są zakorzenione w dawnych i niezmiennych relacjach z otaczającym światem, tym bardziej skłania się ku poziomom wartości subtelnych, odpowiednio wyższych od przyziemnych, namacalnych, wręcz prymitywnych więzi opartych na władzy i sile. Nie trzeba głębszej analizy, by zauważyć czym się różnią dominujące wartości rdzennych społeczeństw od tych wykształconych, zwłaszcza w ostatnich dziesięcioleciach globalizacji.

Systemy wartości osobistych przeplatają się z systemami wspólnej administracji, finansów, praw i pozostałymi składnikami struktur państwowych. Choć globalizacja rozrosła się do pozycji totalnie dominującej warunki funkcjonowania struktur na naszej planecie, nie zdołała jednak wyrwać z korzeniami wartości kultywowanych przez najstarsze i najsilniejsze duchowo społeczności. Tutaj mowa o Wschodzie, a w szczególności Indiach, choć i Zachód zwłaszcza południowy w nieco inny sposób dzielnie walczy o zachowanie podstawowego DNA. Niezniszczalnego łańcucha wartości ponadmaterialnych zajmujących co najmniej równie istotne miejsce co pozostałe przejawy życia społecznego.  Wróćmy jednak do Indii, w których spędziłem parę zimowych miesięcy, na początku bieżącego roku. Opiszę wam historię mojego stypendium w Gujaracie, ojczystej ziemi ojca współczesnych Indii- Mahatmy Gandhiego.

Po powrocie z Peru postanowiłem wysłać moje zgłoszenie na wyjazd z programu ITEC,  studiów sponsorowanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Indii. ITEC to program międzynarodowej współpracy technicznej i ekonomicznej, który od ponad 50 lat daje możliwość mieszkańcom partnerskich państw Indii poznania tego niesamowitego kraju. Zaczynając od tygodniowych kursów, przez kilkumiesięczne, aż po kilkuletnie studia mamy do wyboru wiele różnych kierunków, od komunikacji,  IT i nowoczesnych technologii, poprzez inżynierię po całą masę innych przedmiotów. Ja wybrałem intensywne studia z zakresu SME (small medium enterprise) o zagadkowej dla wielu nazwie „Sustainable livelihoods and mainstreaming with market”. W skrócie, mój kurs dotyczył ekonomii w skali mikro, na poziomie gospodarstwa rodzinnego osadzonego w trudnej sytuacji państw rozwijających się.  Nie był to odosobniony przypadek takiego ujęcia ekonomii i innych nauk społecznych wśród możliwości jakie miałem do wyboru. Już ten sam fakt pozytywnie świadczy o konkretnych działaniach poświęconych ważnej tematyce społeczno-ekonomicznej. Byłem  jedynym przedstawicielem Europy i w zasadzie jedynym człowiekiem, który nie żyje w kraju potocznie nazywanym krajem 3go świata. Jednak, gdy się nad tym zastanowię, to nasz rząd usilnie stara się tę sytuację zmienić. Tymczasem to co zobaczyłem podczas pobytu w Indiach, napawa mnie wiarą w globalną, pozytywną zmianę. Mogę już wam napisać, że świat musi się zmienić, gdyż zmieniają się Indie, a oprócz  nich inne czołowe kraje południa. Zmieniają się dynamicznie, w tempie ekspresowym, zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie w jakiej sytuacji zostały zostawione przez uciekających Anglików. Kraj został ograbiony i pozbawiony wszelkiej suwerenności, w tym najważniejszej- żywieniowej. Dziś Indie są pod tym (i nie tylko) względem niezależne i eksportują coraz więcej produktów rolniczych. Ludzka chęć pracy i wprowadzania pozytywnej zmiany do własnego środowiska tworzy ogromną siłę, która przekłada się na ogromne wpływy budżetowe. Wychodzi na to, że indyjski rząd kierując się innymi wartościami niż np. rząd polski, umie mądrzej  i godniej je wykorzystać w poprawie bytu nadal ogromnej rzeszy ludzi żyjących na marginesie.

Pierwiastek duchowy jest dla mnie ewidentnie fundamentalnym elementem tego, co przekłada się na zrównoważony rozwój Indii. Miałem przyjemność to zaobserwować w czasie programu, w którym uczestniczyłem. Rozwój zrównoważony to nie tylko studia i teoria, którą od lat badają ekonomiści zainteresowani czymś więcej, niż maksymalizacją zysku i optymalizacją kosztów. Studia były niezwykle praktyczne, a praktyka sprowadzała się do nauki w terenie, na żywym organizmie. Odwiedziliśmy wiele projektów, które były dla mnie doświadczeniem często przełomowym i śmiem twierdzić, że wyjątkowym na światową skalę. Zwłaszcza na światową skalę nieszczęsnego neoliberalizmu, w którym pogrążają się kraje globalnego wolnego rynku, w tym Polska. Całkowicie uwolnione kapitały krążące bez ograniczeń po wszystkich zakątkach globu jawią mi się jako niewidzialne kajdany, które zabierają godność słabiej przystosowanym gospodarkom.  Wymuszone powstałą po II WŚ strukturą finansową, państwa południa nie są w stanie zapewnić sobie finansowania niezbędnych do życia warunków. Miłosiernie” przychodzą im z pomocom, biednym braciom, kraje przewodnie: „damy Wam pieniądze, a wy tylko  pozwolicie nam eksploatować swoje zasoby naturalne”, do których jakżeby inaczej zaliczają także mieszkańców.Tak też dawna militarna władza kolonialna przekształciła się we władze gospodarczą i co więcej można zaobserwować, że bieda wbrew obietnicom nie maleje, a coraz szybciej rośnie (w wielu krajach zanika klasa średnia). Większość krajów do niedawna nie miała wielkiego wyboru i z pomocą skorumpowanych rządów godziła się na wyzysk, gdzie zwykły człowiek nie miał w zasadzie żadnych praw. W wielu tych miejscach nadal rządzą skorumpowani obietnicami „inwestorów” . Jeśli wytworzone bogactwo wraca to wszelkie przywileje są ograniczone do tak zwanej elity. Nie bójmy się tego powiedzieć. Większość krajów wspierających totalną dominację i wyprzedaż majątku za papierowe instrumenty karteli finansowych, to kraje zarządzane nie przez żadne „elity” (dla mnie słowo to określa grupę najświetniejszych i najuczciwszych przedstawicieli), a po prostu przez mafie.

Na szczęście w wielu krajach sytuacja powoli się zmienia i kraje potrafią wyjść spod jarzma globalnej mafii korporacyjnej. Co więcej takie kraje jak Indie są obecnie już tak potężne, że szala dawnej nierówności zaczyna się przechylać w drugą stronę. Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy za sztandarami, których depczą ludzką godność wszelkie ponadnarodowe twory wyzysku są tą sytuacją bardzo zaniepokojone. Liczące ponad 1.2 miliarda ludzi Indie potrafią dogadać się z innymi potężnymi narodami i tworzyć inną koncepcję rozwoju. BRICS czyli Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA w tym roku zawiązują alternatywę, która umożliwi uwolnienie się krajów rozwijających od „łask” kredytowych Banku Światowego. Czy nikomu nie przychodzą do głowy podobne myśli? Mianowicie, czy zamieszanie na Bliskim Wschodzie, sięgające już po wschodnie kresy Europy, nie jest militarną prowokacją, która mogłaby zagrozić nowo rodzącej się organizacji? Od niej teraz zależą losy dawnego establishmentu i dawnego podziału władzy, wygodnego dla wszystkich, którzy byli przezeń uprzywilejowani.  Co z tego, że czerpali z niego zyski kosztem milionów, przepraszam, miliardów ludzkich żyć bezpośrednio lub pośrednio poświęconych w imię tak zwanego rozwoju.

Wiem, że nie tylko ja widzę całość obrazu powiązań gospodarczo-politycznych i przełomowy moment
w historii, w którym jest nam dane żyć. Cieszę się tym bardziej, że mogłem z bliska zobaczyć jak Indie zmieniają bieg historii, nie wysyłając wojsk na obce terytoria, a przeznaczając ogromne ilości kapitału, który stworzyły same, w uczciwy sposób, rękami zwykłych ludzi.

Indie nie wygoniły korporacji, tworzą własne i te naturalnie są wspierane przez własny rząd nie tak jak się to dzieje w Polsce, czy w innym kraju neokolonialnym. Korporacje indyjskie, które pozwalają wypracować wielkie kapitały nie są też jedyną siłą gospodarczą Indii. Rząd wie, że każdy człowiek powinien mieć zapewnione warunki do prowadzenia działalności, dlatego też nie brakuje wsparcia dla przedsiębiorczości mniejszej skali zaczynając od promowania mikro przedsiębiorczości wśród najbiedniejszych uczestników gospodarki, które wspiera równie silnie, co pozostałe większe przedsiębiorstwa MSP. Małe i średnie przedsiębiorstwa w Polsce są największą częścią gospodarki, czy to jako pracodawca, czy twórca PKB (no tak korporacje w naszych realiach często podatków nie płacą). Zaczynamy pojmować jak wiele z transnarodowych organizacji nie rejestruje dochodu na terenie Polski, prowadząc kreatywną księgowość w jednym z krajów offshore, czyli rajów podatkowych. Największe przedsiębiorstwa, tfu przepraszam, kartele biznesowe wydają ogromne pieniądze na lobbing i korzystne relacje z władzami. Te z kolei tworzą specjalne warunki np. w postaci stref ekonomicznych, czy po prostu pozwalają na działalność jeśli nawet oczywistym jest fakt, że niszczy to naszą rodzimą przedsiębiorczość. A MSP made in Poland niestety to wszystko finansuje, bo ktoś w końcu musi utrzymać tę armię urzędasów. Umowy śmieciowe, niskie płace i cały ten zestaw dziś traktujemy jako nasz codzienny standard.

Działalność gospodarcza na poziomie skali mikro po średnio jest priorytetem polityki gospodarczej Indii. Prywatną inicjatywę otacza sprzyjająca atmosfera rozwoju, jak np. opodatkowanie, liczne projekty wsparcia m.in. clustery (grona branżowe) i inne. Odwiedziłem wiele z takich projektów skoncentrowanych na dostarczeniu wiedzy i technologii np. dla twórców tekstyliów. Wyglądało to jak nowoczesna łódzka manufaktura za lat swej świetności i tyle, że było zarządzane przez międzynarodowej klasy (świadomy wartości pracy zwykłych rzemieślników) zarząd zajmujący się marketingiem i sprzedażą produktów na całym świecie.  Zakład ten był jednym z wielu należących do grona Pochampally, jednego z wielu, wśród licznych indyjskich stanów. Rząd organizuje cluster’y różnego typu na terenie całego kraju jednak oprócz inicjatywy i interwencji rządowych w Indiach również możemy spotkać rozległe inicjatywy prywatne pod postacią spółdzielni.  Mleczarskie przedsiębiorstwo Amul, jest największą na świecie spółdzielnią, zrzeszającą  obecnie ponad 3 miliony rolników, którzy są współwłaścicielami przedsiębiorstwa. Kiedy spółdzielnia rozpoczynała swoją działalność po odzyskaniu przez Indie niepodległości, sytuacja rolnictwa Indii była tragiczna, ale dzięki własnościowej polityce organizacji szybko zaczęto mobilizować społeczeństwo i odzyskiwać konieczną niezależność. Dzięki najnowszej technologii swoich licznych zakładów, Amul oprócz różnych form mleka produkuje wiele pochodnych produktów nabiałowych jak sery, jogurty, które są nr 1 nie tylko na rynku indyjskim. Struktura organizacyjna od początku bazowała na klasycznej formule kooperatywy społecznej i do dzisiaj szanowane są jej najczystsze demokratyczne podstawy. Amul oczywiście nie jest jedynym przedsiębiorstwem tego rodzaju. Miałem przyjemność rozmawiać z ludźmi zaangażowanymi w różne mniejsze i równie efektywne projekty. Może się powtórzę, ale jestem przekonany, że o sukcesie projektów Indii decyduje pierwiastek duchowy, który pozwolił oprzeć się totalnej kolonizacji obcych wartości dalekich od fundamentów prawości hinduizmu. Myślę, że bez tego nie mogłyby też powstać tak duże niesformalizowane zrzeszenia i społeczności samopomocy. Jedną z takich organizacji jest Deccan Development Society, piękny przykład oddolnej inicjatywy bazującej na rolnictwie. Twórcą organizacji jest niezwykły człowiek, pan V. Satheesh, który przyjął nas osobiście w swoim domu i zarazem biurze organizacji, opowiadając niezwykle inspirującą historię o DDS. Była to opowieść, która nie bazowała na wyliczeniach, kalkulacjach i twardych analizach danych statystycznych, charakterystycznych dla wielu współczesnych organizacji pozarządowych. Towarzystwo Rozwoju Półwyspu Dekan (wolne tłumaczenie nazwy organizacji) powstało poprzez nawiązanie szczególnej relacji między człowiekiem, a otaczającą go ziemią, naturą, przyrodą. Niezależność społeczności jest najważniejszym elementem, który decyduje o jego być albo nie być. Standardowe podejście w tej kwestii to znana na całym świecie technologia kapitałochłonnego rolnictwa intensywnego. To w zasadzie dogmat naszego rozwoju: wielkie uprawy, mechanizacja, nie ekologiczne systemy melioracji, nawozy, chemia i tak dalej i tak dalej. Po drugiej stronie barykady stawia się całą resztę i uważa się, że jest niewydajna i nie zapewnia warunków dla dużych populacji. Tymczasem DDS poszedł właśnie tą drogą, ale w ujęciu dużo głębszym, z namacalnym wręcz szacunkiem traktując naszą życiodajną planetę. Zaczęto od użyźniania zdewastowanych gleb, wykorzystano ku temu proste i naturalne sposoby. Zaczęli tworzyć własny 100% procentowy humus, zwany też wermikompostem. Zaczęli i robią to nadal, a w tej chwili na terenie zaledwie jednego stanu uczestniczy już w tym procesie ponad 5 tysięcy rodzin. Gdy odnowili potencjał gleb nie korzystając przy tym z żadnej sztucznej substancji nawozowej, zaczęli odnawiać oryginalne uprawy regionu. Poprzednia polityka zniszczyła ziemię i wprowadziła odmiany z innych regionów świata niezapewniających równowagi biologicznej koniecznej do harmonijnej koegzystencji człowieka i natury. To podstawy materialne powiązane z podstawami duchowymi różnych organizmów, które tylko w symbiozie są w stanie stworzyć wszystkim odpowiednie warunki. Dziś stowarzyszenie DDS prowadzi liczne banki nasion, które zapewniają bezpieczeństwo żywieniowe swoim społecznościom. Z sukcesu rolniczego wypączkował też kolejny udany projekt, czyli społeczne stołówki o tyle inne od pozostałych,  że są zaopatrywane przez produkty lokalne, zdrowe, wolne od zanieczyszczeń i wychodowane z niekrytą wręcz troską o wspólne dobro. To nie wszystko, bo oprócz ekologicznego niezależnego rolnictwa (zwanego również permakulturą) DDS zapewnia młodzieży możliwości rozwoju poprzez własny system edukacji, a nawet posiada własną telewizję i inne media, a jak usłyszałem  to dopiero początek na drodze do pełnej ekonomicznej niezależności. Serce rosło mi ze szczęścia, gdy zobaczyłem to wszystko na własne oczy. Na pewno rola przewodnia pana Satheesha miała tu niemałe znaczenie, ale znów muszę zahaczyć o wartość kapitału, który prawie nie występuje w tak zwanych rozwiniętych gospodarkach, kapitału duchowego. Jest go tu w bród i jak widać nawet bez wsparcia finansowego z zewnątrz bardzo liczne społeczności potrafią w ciągu względnie krótkiego czasu uzyskać przeważającą niezależność ekonomiczną. Mówiono mi o blisko 80%, ale w moim odczuciu możliwe jest ponad 90%,  gdy do tego modelu dołączymy jeszcze ekologiczne podejście do infrastruktury i architektury oraz własne grono producentów tekstylnych czy innych produktów podstawowej potrzeby opisanych wcześniej.

Oprócz projektów na dużą skalę zaobserwowałem też inne inicjatywy rządowe, na mniejszą skalę. Nieukrywaną ciekawość wzbudziła u mnie koncepcja SHG Self Help Goups, która polega na samoorganizacji i samopomocy rodzinnej kobiet.  Na terenie ulicy, czy danego kwartału kilkadziesiąt kobiet powołuje komitet który zajmuje się przeróżnymi wymiarami współpracy. Między innymi tworzą mikro fundusz społeczny który pomaga w finansowaniu różnych mniej lub bardziej ważnych wydatków. Oprócz aspektów finansowych ważny jest ogólny wymiar wspólnoty i wsparcia, na które można liczyć.

Indie to kraj rozwoju zrównoważonego, kooperatyw i projektów społecznych, gdzie postęp ma oblicze dużo głębsze niż samo PKB, inflacja i inne finansowe współczynniki określające poziom życia. Jest to kraj ogromny jak połowa Europy i ponad dwa razy bardziej zaludniony. Nigdy nie był to obszar jednorodny etnicznie, ale od tysięcy lat jeszcze zanim w Europie osiedlili się pierwsi Grecy jednoczył duchowo społeczność,  której świadomość duchowa do dziś tworzy podstawę bytu. Przez setki lat najazdów nie tylko Europejskich, ich niezrozumiały dla przeciętnego Europejczyka  stosunek do życia zapewnił wewnętrzną suwerenność. Po latach kolonializmu militarnego i obecnego finansowo-gospodarczego Indie w końcu podnoszą się i pokazują swoją potęgę. Nie działają samemu pod kryptonimem sztucznych układów unijnych, ale wspólnie z innymi przedstawicielami największych narodów świata, które zostały bez własnej woli przypisane do gorszej kategorii.

Możemy być im wdzięczni, ale nie tylko my Polacy, bo te kraje są bramą do wolności każdego zwykłego człowieka. Kraje te mówią nie establishmentowi, który po czasach kolonialnych przepoczwarzył się i pod przykrywką najróżniejszych organizacji wolnego rynku skazuje świat na biedę, podziały, wojny i
nieszczęście.

P.S. New Development Bank tworzony przez państwa BRICS zaprosił w swe szeregi Grecję, która mierzy się ostatnio ze spłatą ogromnych odsetek kredytów udzielonych przez instytucje „przyjaznych” krajów regionu.  Przed nami duże wyzwanie. Czwarta władza zawiodła, została podobnie skolonizowana jak pozostałe obszary naszego państwa. Wolne media to pojęcie dzisiaj nieaktualne, w zasadzie są tak samo manipulowane jak przed upadkiem komunizmu. Telewizja, radio i prasa znajdują się w rękach korporacji medialnych powiązanych kapitałowo z grupami interesu, które „odcinają kupony” i nie chcą, by coś się zmieniło. Nie mają w interesie informować o powstających alternatywach, bankach rozwoju i innych instytucjach tworzonych z inicjatywy innej niż poprawnej politycznie. To już jednak nie ma znaczenia, bo coraz częściej same odsłaniają przed nami prawdziwe kulisy władzy, czyli afery, tajne porozumienia i inne przestępcze procedery  z gatunku teorii spiskowych, tyle lat spychanych przez media głównego nurtu na margines poczytalności. Na szczęście ewoluujemy i z propagandowej machiny informacyjnej wyodrębniła się nowa grupa mediów poza korporacyjną kontrolą. To Internet, to samoorganizująca się świadoma społeczność często anonimowych whistleblower’ów. Od sławnego Wikileaks po niezależnych informatorów prowadzących blogi i różne serwisy informacyjne, tworzy się sieć, która coraz bardziej przebija się przez medialną papkę od lat piorącą nasze mózgi. To co się dzieje to nie przypadek, to ewolucja, siła, której nie da się zatrzymać. Choć trudno ją czasem pojąć każdy dzień utwierdza mnie, że  to wszystko jednak zmierza do pozytywnego rozwiązania i wszechświat może nas nie raz jeszcze zaskoczyć. Tymczasem, pozdrawiam wszystkich, którzy są częścią tej wielkiej wielowymiarowej ewolucji.

Namaste