Czy zastanawialiście się, ile właściwie pieniądza jest na świecie? Czy jest go za mało, czy za dużo? Ktoś, kto z uwagą czyta moje komentarze, zapewne wysnuł taki wniosek, że jest go za mało, ponieważ niejednokrotnie mówiłam o luce nabywczej i o głodzie monetarnym.

Trzeba jednak pamiętać, że pieniądz krąży w dwóch sferach: w sferze gospodarki realnej i na rynkach finansowych. Rynki finansowe tak naprawdę jedynie marginalnie biorą udział w życiu gospodarczym świata. Na tych rynkach trwa zabawa wyglądająca z zewnątrz, jakby wąż gonił za własnym ogonem. Ten wąż stale się wydłuża, ponieważ jest systematycznie odżywiany coraz to nowym pieniądzem dłużnym.

Na rynki finansowe z realnej gospodarki stale płynie nowy pieniądz – pieniądz kreowany przez banki. Jego ilość jest nieznana. Dlaczego? Oczywiście moi adwersarze powiedzą, że nikt nie trzyma pieniędzy w skarpecie i że cały pieniądz spoczywa przecież w bankach. Otóż, to nie jest prawda.

Jeśli zapytamy system bankowy, ile pieniędzy jest na kontach, to oczywiście otrzymamy właściwą odpowiedź. Np. wiemy, że w polskim systemie bankowym na kontach znajduje się 950 miliardów złotych. Wiemy to stąd, że nasze depozyty, czyli informacje o tym, ile pieniędzy mamy w banku, są umieszczane w bilansach banków jako składnik ich majątku. Nasze pieniądze w momencie wpłaty stają się własnością banku i w bilansie wykazywane są jako majątek banku.

Inaczej dzieje się, kiedy pieniądze z banku zabieramy i wpłacamy np. do biura maklerskiego albo do jakiegoś funduszu (zamkniętego lub otwartego). Te nasze pieniądze nie stają się pieniędzmi ani biura, ani funduszu. Te pieniądze są tam tylko przechowywane. Pozostają własnością wpłacającego i nie figurują w bilansach tych jednostek. Stąd problem z policzeniem, ile pieniądza krąży poza systemem bankowym.

Wiemy, że każdy udzielony kredyt łączy się z nowym kredytem, który służy pokryciu odsetek. To nie jest już kredyt udzielony osobie zadłużonej, tylko na ogół – innemu podmiotowi. Trzeba jednak pamiętać, że na pokrycie odsetek MUSI powstawać nowy pieniądz – albo pieniądz realny, tworzony przez bank centralny, albo pieniądz dłużny wykreowany przez banki.

Żyjemy w systemie stałego mnożenia się pieniądza. Oczywiście osoba zamożna nie rozróżnia kategorii pieniądza, ponieważ pieniądz realny nie różni się od pieniądza kreowanego przez bank. Jaki jest z tego wniosek? Otóż w tej całej gmatwaninie, przy stałym niedostatku i biedzie ogromnych rzeszy ludności, rośnie góra pieniądza, będąca w dyspozycji nielicznych. Ta góra pieniądza nie trafia do gospodarki, ponieważ jej właściciele nie są już konsumentami. Wszystkie ich potrzeby zostały bowiem w pełni zaspokojone.

Dywidendy i wszelkie nadwyżki powstające na rynku realnym, które wynikają z wygórowanych cen towarów przez nas kupowanych, w końcowej fazie płyną do sześciu największych korporacji światowych. Tego pieniądza jest tak dużo, że korporacje duszą się nim. Nie mogą tych pieniędzy już pożyczać, ponieważ kraje, przedsiębiorstwa i ludzie nie mają już zdolności kredytowej.

Co więc robią z tym pieniądzem? Otóż nabywają na rynkach finansowych swoje własne akcje, powodując tym samym wzrost ich wartości giełdowej. Ta hossa skłania także spekulantów giełdowych do nabywania tych akcji. Cena akcji rośnie niebotycznie i nie ma żadnego odniesienia do ich realnej wartości.

Co to oznacza w praktyce? Wyobraź sobie, że Twój majątek wyceniany jest według wartości akcji, które posiadasz. Powiedzmy, że nabyłeś akcje za 100 zł, a teraz notowane one są na giełdzie i mógłbyś je sprzedać np. za 1000 zł. Czy jesteś człowiekiem zamożnym? Na pewno tak. Ale twój majątek jest majątkiem bardzo kruchym. Wystarczy, że spółka zbankrutuje, a z człowieka zamożnego staniesz się normalnym zjadaczem chleba.

A może jedynym wyjściem z tego galimatiasu jest totalny krach na giełdach światowych? Likwidacja rynków finansowych jest warunkiem niezbędnym dla stworzenia nowej właściwej architektury finansowej świata.

Likwidacja światowych rynków finansowych warunkiem koniecznym budowy nowego ustroju społecznego