Grecy wybrali szarą strefę. I ze wzmożoną siłą ją rozwijają. A może jest to już rozwój czarnego rynku. Sprzedaż towarów i usług odbywa się poza oficjalnym, legalnym obiegiem. Głównie na małą, miejscową skalę. Więzi lokalne, a właściwie nawet klanowe, są w tym obrocie silniejsze niż państwowe. Grek zatrudnia na czarno rodzinę i znajomych. Sprzedaje i kupuje poza wszelką rejestracją, a więc nie płaci ani podatków pośrednich (VAT-u), ani bezpośrednich (dochodowy). Pieniędzy, które zarobi w szarej strefie, nie oszczędza. Wydaje je od razu na swoje potrzeby. Nic dziwnego, że w tych warunkach pieniądz krąży szybko.

Sprzedaje się i kupuje głównie towary i usługi rodzime (krajowe).

Ziemia leżąca dotąd odłogiem z powodu dopłat znowu zaczęła rodzić plony. Wyludnione wsie przyjmują rosnącą liczbę bezrobotnych i dają im chleb.

Może i dojdzie do tego, że pozbawione podatków państwo greckie zbankrutuje. Ale Grecy przetrwają i staną się niezależni gospodarczo i finansowo.